sobota, 9 marca 2024
𝙎𝙠𝙖𝙡𝙙𝙤𝙬𝙞𝙚, 𝙉𝙤𝙬𝙤𝙝𝙪𝙘𝙠𝙞𝙚 𝘾𝙚𝙣𝙩𝙧𝙪𝙢 𝙆𝙪𝙡𝙩𝙪𝙧𝙮, 𝙆𝙧𝙖𝙠ó𝙬, 8.𝙄𝙄𝙄.2024 𝙧.
Koncert był wspaniały, trwał bite 2 godziny, setlista mocarna (chociaż zabrakło mi piosenek na temat kobiety "Ty" i "Jeszcze kocham"), to jednak zespół zagrał większość przebojów. Świetna wersja "Od wschodu do zachodu słońca" (łezki się polały na dźwięk Hammondów) i "Gdzie mam ciebie szukać" - tu saksofony zastępujące riffy gitarowe zabrzmiały jak wczesny brytyjski prog rock, szkoda, że nie było "Krywaniu, Krywaniu"... Ten młody gitarzysta był trochę słabo nagłośniony, za to pan Tarsiński zlitowałby się i zagrałby więcej dłuższych mięsistych solówek gitarowych, wiemy doskonale, że potrafi. Budziaszek za to pięknie bębnił, wyśmienita forma. Wielkie rozczarowanie, że nie było pana Ratyńskiego, mówiłem mojej 17-letniej córce, że zobaczy wszystkich muzyków grających na jej ulubionej płycie "Ty", a wyszedłem na kłamcę (żadne informacje, że oryginalny basista nie zagra nie dotarły do mnie). Andrzej i Jacek - mistrzostwo. Ogólnie wielkie zadowolenie, wiele wzruszeń, radości, świetnie spędzony czas. Cały zespół zagrał świetny koncert. Zabrakło może czasem trąbki i mogło być więcej skrzypiec, ale marzyć każdy może, a i tak dostałem świetny występ, więc nie narzekam. Mankamentem był tylko zakaz robienia zdjęć, ponieważ jeden staruszek siedzący rząd ode mnie niżej nie stosował się, ochrona co chwilę zmuszona była go upominać, co zakłócało odbiór muzyki, bo dekoncentrowało. W związku z zakazem robienia zdjęć moje zrobiłem przed rozpoczęciem koncertu, żeby nie było wątpliwości.
wtorek, 17 października 2023
Out of Focus „Wake Up” (1970)
niedziela, 27 listopada 2022
Wojciech Ciuraj - MDK Batory Chorzów, 25.XI.2022 r.
Koncert Wojciecha Ciuraja w MDK Batory w Chorzowie. Pięć lat od wydania płyty „Ballady bez romansów". Zespół odegrał całą płytę, jednak nie w takiej samej kolejności jak na albumie. Zaczęło się od „Uważaj na nogi", następnie zabrzmiały „Cuda niewidy, a po nich piosenka tytułowa. Następnie zabrzmiała „Pieśń". Zespół sprawnie przechodził z brzmienia elektrycznego w akustyczne; jak sam Ciuraj powiedział: „Gramy dziś na sześć gitar", a do tego doszła jeszcze mandolina. „Lepsze kolory" to kompozycja, w której zespół zmienił instrumentarium w porównaniu z wersją studyjną. Zamiast długiego sola gitary była improwizacja na klawiszach i saksofonie, co utworzyło mocną codę o charakterze awangardowym. Od tego momentu zespół zaczął sięgać też po piosenki z „Tryptyku śląskiego“, zabrzmiał żywiołowo wykonany cover Budki Suflera „Pieśń niepokorna" oraz ostatnia kompozycja Ciuraja „Ronin" w wersji zdecydowanie mocniejszej id studyjnej. Kulminacją tego fragmentu koncertu było emocjonalne wykonanie 10-cio minutowego „Okrąglika". Mocne akordy przeszywały organizm. Koncert zakończył się dwoma bisami, w tym piosenką poprzedniego zespołu Ciuraja Walfad „Nasi Bogowie, wasi Bogowie" i można było usłyszeć jeszcze gitarowe solówki na srebrnym Gibsonie Les Paulu pana Wojciecha. Bardzo dobry koncert, który przyniósł wiele emocji i wrażeń. Dziękuję.
piątek, 25 czerwca 2021
Quella Vecchia Locanda
Quella Vecchia Locanda to włoski zespół założony w Rzymie w 1970 roku. Istniał cztery lata. Nagrał w tym czasie dwie świetne płyty, które są kolażem rocka symfonicznego, dawnej muzyki klasycznej, hard rocka i bluesa (w ilościach śladowych, ale jednak wyrazistych). Krótkie, trwające na ogół 3-5 minut kompozycje są zbudowane z permanentnych zmian. Oprócz klasycznego zestawu (gitara, organy, perkusja) brzmienie wzbogacają partie elektrycznych skrzypiec i fletu. Znamienną cechą charakterystyczną muzyki grupy jest kontrast. Pierwsza płyta to eponim nazwy zespołu „Ta stara karczma” i ukazała się w 1972 roku. Druga zatytułowana „Il tempo della gioia” („Czas radości”) ujrzała światło dzienne w 1974 roku. Niestety, był to ostatni rok działalności zespołu. W roku 1993 została wydana jeszcze płyta koncertowa „Live” z materiałem zarejestrowanym w listopadzie 1971 roku, która dobitnie świadczy o bluesowych fascynacjach zespołu tak silnie progresywnego (ponad 13-minutowa wersja „On The Road Again”, cover „Fire And Water” zespołu Free). W stosunku do pierwszej płyty na „Czasie radości” zagrał nowy skrzypek i basista. Znacie, nie znacie? Posłuchajcie. :) https://www.youtube.com/watch?v=eKwYcIumy9k ttps://www.youtube.com/watch?v=9YIv9YjvjVc
niedziela, 11 kwietnia 2021
Free "Free Live!" [1971]
Pamiętam, kiedy w latach 90-tych jechałem pociągiem do Bielska-Białej, gdzie był dobrze zaopatrzony sklep z płytami winylowymi. To był czas, kiedy każda płyta była wydarzeniem i wiązała się z niezliczoną ilością emocji. Wróciłem wtedy pod pachą z koncertem, który, jak się później okazało, został ze mną na zawsze, jako jeden z najwspanialszych występów na żywo, jaki dane było mi poznać w moim dosyć długim już życiu. Ech, ta wersja "Mr. Big" i solo Frasera na basie... Pełen emocji "Be My Friend"... Kołyszący "Ride On My Pony"... Wypełnione energią ""I'm A Mover" i "The Hunter" Przebojowy "All Right Now"... Mocarny "Fire And Water"... I na koniec przejmujący kawałek "Get Where I Belong", jedyny studyjny fragment płyty. Muzyka pełna energii, mocno podszyta bluesem, ale też pełna rockowych riffów, wyrazisty nieco schrypiały głos Paula Rogersa, przejmująca, momentami wręcz przeszywająca gitara Paula Kossoffa, barwny i ruchliwy bas Andy'ego Frasera i Perkusja Simona Kirke, która nie tylko wyznacza kierunek, ale dodaje od siebie wiele fajnych dźwięków, oto jej synteza - czterech fantazyjnych, ambitnych, nieprzyzwoicie młodych muzyków gra zupełnie bez kompleksów na wysokim poziomie.. Nie bez przyczyny album otwiera największy przebój, a potem dzieje się jeszcze lepiej, bo muzyka Free to nie jest tylko jeden hit. Właściwie tego hitu mogłoby nie być, bo każdy słuchacz wrażliwy na dźwięki wypełnione emocjami bez trudu pokocha Free za ich całą twórczość, nie tylko za jeden przebój. Jeden przebój można by od biedy przeboleć; liczy się uczciwa i szczera muzyka nie szukająca poklasku. Ale przecież można sobie wyobrazić sytuację, w której "All Right Now" nie zostaje przebojem, pozostanie wtedy solidny rock, więc wszystko jest w porządku. Miłego słuchania.
Tear Gas „Tear Gas” [1971]
Pink Floyd „A Saucerful of Secrets” [1968]
Styx „Equinox” [1975]
Myra Friedman „Janis Joplin. Żywcem pogrzebana”
Tak się jakoś zbiegło, że tegoroczna książka numer trzynaście okazała się równocześnie najsłabszą jak na razie w tym roku. Po pierwsze od książki oczekuję, niezależnie niezależnie od gatunku, literackiego stylu. Luzackie tłumaczenie naszpikowane trywialnymi, pospolitymi i banalnymi zwrotami oraz słowami dla mnie było ciężkie do przejścia. Wprawdzie to tylko tłumaczenie, ale tłumaczenia nie biorą się z próżni, a natłok pospolitych wyrażeń sugeruje jednak, że oryginał nie był - delikatnie mówiąc - od nich wolny. Po drugie zaś Friedmann pastwi się w książce na Joplin, analizując brutalnie jej kompleksy i lęki na amatorskim poziomie. OK, była z nią blisko i znała osobiście wokalistkę, pracując jako asystentka menagera Joplin Alberta Grossmana, jednak odnoszę wrażenie, że analizy Friedmann są często naciągane w celu tłumaczenia Janis Joplin z jej sposobu życia. Rozumiem wyeksponowana potrzebę miłości i uznania, ale czy to jest leczenie przez całe życie kompleksu ze szkoły średniej? Książka pomija też wiele znanych faktów, jak dwa występy Big Brother & The Holding Company na festiwalu Monterey w 1967 roku, a tym samym milczy o uporze ówczesnego menadżera zespołu, który nie chciał, aby sfilmowano jego występ. Festiwal w Woodstock został przedstawiony w pigułce jako miejsce w którym każdy był "nawalony" i "naćpany" (typowe zwroty dla języka książki), bez świadomości i nikt ni wiedział, co się dookoła dzieje. Być może dałoby się w to uwierzyć komuś, kto nie widział filmów z festiwalu. To, że Janis Joplin wystąpiła w Woodstock pod wpływem narkotyków nie świadczy wcale, że wszyscy byli zamroczeni aż tak, że nie słyszeli wcale muzyki. Sekwencje w filmie pokazują coś całkiem innego. Na pewno wiele osób nie było świadomych pod wpływem narkotyków tego, co się wokoło dzieje, ale nie wszyscy i nie cały czas, jak twierdzi Friedman. Takie bezsensowne uogólnienia również świadczą o słabości książki. Nie ma w książce prawie nic o tworzeniu piosenek! Wiemy tylko o miłości do bluesa Joplin. Czytanie o ciągłym piciu southern comfortu i niewyobrażalnie licznych one night stands staje się nudne bardzo szybko podczas lektury. W pewnym momencie pada zdanie, że nagrywanie muzyki to była tylko praca, co w odniesieniu do jednej z najbardziej szczerych artystek, której życie w pewnym momencie stało się nierozerwalne z muzyką (podobnie jak z nałogami) brzmi co najmniej dziwnie. Autorkę może nieco tłumaczyć fakt, że książkę pisała na gorąco po śmierci Joplin i nie wiedziała o wszystkim. Friedman nie jest też muzykologiem ani zawodowym biografem. Po lekturze "Pogrzebanej żywcem" odczuwam zarówno przesyt jak i niedosyt. Przesyt, ponieważ nie wiem, czy interesuje mnie wizerunek Janis Joplin jako osoby koncentrującej się głównie na narkotyzowaniu się, piciu alkoholu i uprawianiu seksu; mam wrażenie, że wizerunek artystki jest tu znacznie uszczuplony, tym bardziej, że Friedman coś tam wspomina przelotnie o zamiłowaniu Joplin do czytania oraz do analizowania muzyki. Niedosyt, który jest w sumie druga stroną lustra przesytu, bo książka nie mówi zbyt wiele o Joplin jako o artystce i o muzyku, z czego bez wątpienia była znana bardziej niż jako permanentna uczestniczka imprez.
„The Beatles. Brzmienie z Merseyside” [2018]
Genesis „Trespass” (1970)
Renaissance „Prologue” (1972)
The Jimi Hendrix Experience "Live in Maui" (1970/2020)
Otrzymaliśmy wreszcie podobno pierwsze oficjalne wydanie dwóch pełnych setów Jimiego Hendrixa z jakiegokolwiek jego koncertu. Padło na występ na wyspie Maui na Hawajach. Sety trwają około 50 minut. Gra trio The Jimi Hendrix Experienece, czyli Jimi na gitarze i śpiew, Mitch Mitchell na bębnach i Billy Cox na basie. Tu od razu zauważę, że bardziej na brzmieniu zespołu odbiłaby się zmiana perkusisty, niż zastąpienie Noela Reddinga przez Coxsa. Dynamiczna gra Mitchella wnosi jednak sporo energii do nagrań. Zespół zagrał bardzo dobrze, cyfrowa obróbka dźwięku podobno usunęła niedociągnięcia, jednak nie mamy porównania. Zmieniona jest kolejność niektórych nagrań, o czym przeczytałem dopiero później, bo nie pasowało mi zaczynanie koncertu od nastrojowego „Hey Baby” i miałem rację, tak koncert się nie zaczynał. Zaczynał się od „Spanish Castle Magic”, który na płycie jest numerem dziewięć. Muzycznie jest bardzo dobrze, ale przypominam, że nie wiadomo, na ile obróbka cyfrowa zaingerowała w ostateczny kształt nagrań (mamy tu kompleks „The Song Remains The Same"). Hendrix gra i śpiewa, będąc — co doskonale słychać — w bardzo dobrej formie. Szkoda tylko, że niektóre piosenki grupa wykonuje nieco szybciej niz powinna, na przykład "Foxey Lady". Tak samo wolę wolniejszą i bardziej emocjonalną wersję "Villanova Junction" z wykonania na festiwalu w Woodstock od szybszej i jakby zagranej nieco niedbale wersji z Maui. Gitara Jimiego jest wszechobecna, ale znalazł się też moment na solówkę perkusyjną Mitchella. Pierwszy set wydaje się muzycznie bardziej atrakcyjny (to moje osobiste wrażenie). W nagraniach z koncertu, co nieco dziwne, publiczność jest jakby wyciszona, mniej obecna. Oklaski słychać jakby od garstki widowni. Na filmie widać, że nie jest jej zbyt wiele (hmmm... dziwne... ), być może decydują też o dźwiękowej jakość warunki atmosferyczne, a na Maui podobno wtedy mocno wiało, więc obróbka dźwiękowa polegała też zapewne na usuwaniu skutków wiatru, który nie chciał opłakiwać Mary, ale płatać figle. Warto poznać ten koncert, bo oprócz wspomnianych cudów ze studia, zawiera on sporo świetnej muzyki, której — nie wiem jak Wy — ale ja nie mam nigdy dosyć.
Taste "Taste" [1969]
W historii muzyki wiele było zespołów z rozbudowanym składem, bezlikiem instrumentów, perkusja zajmującą połowę sceny podczas koncertu, złożonych z wirtuozów wybudzonych w nocy, by na wyrywki czytać nuty. Były też kapele proste, zwięzłe w budowaniu swego składu i oszczędne w używanych instrumentach. Były to tak zwane power tria, które bazowały na gitarze prowadzącej, basowej i na najprostszym zestawie perkusyjnym. Taste należał właśnie do takich kapel i nie zmienia tego fakt, że gitarzysta Rory Gallagher lubił czasem zadać w saksofon. Żeby istnienie power tria miało sens, musiało mieć w składzie kreatywnego gitarzystę, który wie jak zagrać, kiedy śpiewa i co zagrać pomiędzy wersami tekstu. Gallagher to w takim sensie gitarzysta genialny. Wprawdzie podczas swej solowej kariery zespół jego był na ogół kwartetem, jednak w okresie istnienia Taste udowodnił, że doskonale sobie radzi bez wspomagającej go gitary rytmicznej. Jego dźwięki bardzo pomysłowo i skutecznie zapełniają wolne przestrzenie w kompozycjach zawartych na debiutanckim albumie „Taste” z 1969 roku. W dwóch klasycznych kompozycjach grupy „Sugar Mama” i „Catfish”, z lubością wykonywanych także na koncertach, słychać to doskonale, ale i otwierający płytę „Blister On The Moon” wcale im nie ustępuje. Gitara jest modulowana, z lekkością baletnicy przechodzi od ciężkiego rzężenia do błyskotliwych pasaży wydobywanych w dolnych partiach gryfu. Ciężkość gitarowego brzmienia płyty, jej mocny bazowy dźwięk równoważą akustyczne kawałki takie jak „Hail” albo slide-gitarowy „I'm Moving On” oraz rockowe piosenki o nieco przebojowym popowym brzmieniu („Born on the Wrong Side of Time” albo „Same Old Story”), co nie zmienia faktu, że fantastyczny album, świetny debiut, brzmi surowo, ostro, nieco dziko. Od niego zaczęła się kariera jednego z najlepszych gitarzystów i kompozytorów w rocku.
Sólstafir „Endless Twilight of Codependent Love” [2020]
Head Over Heels "Hea Over Heels" [1971]
Nie znałem wcześniej tego zespołu, YouTube wrzuciło ten album po odtworzeniu się piosenki The Moving Sideways, patrzę, że rok 1971, więc warte poznania. I oto otrzymuję mocną gitarową z bluesową bazą muzykę, która zapuszcza się już chyba nieco w rejony hard rocka, ale wokalnie przywodzi na myśl Humble Pie, muzycznie Free, późniejsze płyty Spooky Tooth i East of Eden, bo soul to chyba słychać wyraźnie w wokalu? Piszę to na świeżo podczas pierwszego odsłuchu. Oczywiście nie jest to muzyka odkrywcza, niemniej przyjemnie się jej słucha komuś, kto lubi sporo gitarowych solówek ni w ogóle gry gitary wypełniającej przestrzenie pomiędzy partiami wokalnymi zamiast gitary rytmicznej, co jest cechą zespołów grających w trio. . Teraz ballada "Children of the Mist" brzmi w moich uszach. Nieco przypomina ballady Budgie, a nieco nawet współczesne ballady rockowe. To zresztą nie jest ostatnia ballada na płycie. Druga część piosenki "Tired And Blue/ Land, Land" zmienia się w powolną, śpiewaną mocnym soulowym głosem kompozycję. Po niej następuje radosna i przebojowa w charakterze piosenka "In My Woman", jedyna tego typu na płycie. Kończąca płytę "Circles" zaczyna się spokojną melodią z towarzyszącymi jej głosami i jedyne co mi się z tym kojarzy, to wersja "Knockin' On Heaven's Door" Dylana w wykonaniu Guns n' Roses. Wchodzi wokal, który zaczyna od słowa "some" przeciągając w nim samogłoskę "o" do niemal 14 sekund! (specjalnie zmierzyłem), ale nie po chwili kapela rusza ostro do przodu. W każdym razie nie jest nudno. Można psioczyć, raz jeszcze to napiszę, że nie jest to muzyka całkiem oryginalna, jednak uważam, że niezła i warta zapuszczenia sobie od czasu do czasu, może nie za często, ale raz-dwa razy na rok będzie ok (zważywszy na ogrom muzyki, którą też trzeba od czasu do czasu sobie odświeżać.
niedziela, 28 marca 2021
"Bluesland. A Portrait in American Music" (1993)
Khan "Space Shanty" (1972)
wtorek, 23 lutego 2021
Clear Blue Sky „Clear Blue Sky” (1970)
środa, 2 grudnia 2020
Iron Maiden „Maiden Voyage” (1970)
Angielski zespół rockowy założony w 1966 roku w Basilden, Essex. Podobno chłopaki zeszli się zafascynowani koncertem Cream, na którym byli. Nazywali się kolejno: Growth, Stevenson's Blues Department i Bum. Jako Bum wydali singiel „God of Darkness"/ „Ballad of Martha Kent” (1968). Ten singiel zapowiada już w pełni styl muzyki znajdującej się na płycie „Maiden Voyage” zespołu Iron Maiden, ostatniego wcielenia zespołu Bum. Płyta „Maiden Voyage” to sześć kompozycji. Płytę otwiera „Falling". Pierwsze dźwięki nawiązują do muzyki dawnej i są poprzeplatane ze skąpym wokalem. Od 1:40 zaczyna się partia solowa gitary. Jest to solówka o charakterze improwizacji, co zresztą jest cechą gry Trevora Thomasa na całej płycie. Wyczuwa się spory feeling, radość gry, biegłość techniczną, fascynację Alvinem Lee. Dodam, że partie wokalne na „Maiden Voyage” są dosyć melodyjne, ale płyta nie jest prześpiewana, raczej przegrana przez gitarę i w jednym dłuższym fragmencie („Liar”) przez przesterowany bas. W „Ned Kelly” wokalista pod koniec piosenki śpiewa tekst, a gitara nie podkłada pod niego riffów, ale gra kolejną solówkę. „Liar”, najdłuższa kompozycja na płycie trwająca ponad 12 minut zaczyna się od riffów gitary, które ewidentnie próbują wyjść poza schemat i hasać swobodnie, improwizować i grać swobodnie. Kiedy kończy się podszyta bluesem partia zwrotka-refren, Thomas w końcu bierze się do pracy i gra, gra, gra (z przerwą na wspomnianą improwizację gitary basowej. W tej długiej kompozycji znalazło się sporo miejsca na żonglowanie nastrojem, jednak na ogół kompozycje Iron Maiden są szybkie, prą do przodu, nie lubując się w przestojach. „Ritual” jak „Falling” znowu zaczyna się od gitary z inklinacjami do muzyki dawnej, nieb trwa to jednak zbyt długo, bo kiedy tylko skończy się przynależna do sztywnej formy utworu partia wokalna, gitara od razu rusza w stronę swej swobodnej podróży przez krainę dźwięków, jazzując, bluesując, swobodnie przeskakując od dźwięku do dźwięku, aż przyjemnie słuchać tych rozimprowizowanych szaleństw. Przedostatnia kompozycja na płycie to cover klasyka bluesowego z 1924 roku, czyli z roku nagrania tej piosenki przez Gertrudę „Ma” Rainey. Jest to jedyny klarowny blues na płycie. Po raz pierwszy i ostatni pojawia się na „Maiden Voyage” harmonijka ustna. Album kończy kompozycja „Plague". Wreszcie pojawia się balladowy ton, przeszyty melancholią i smutkiem wstęp gitary, któremu towarzyszy wokal w tej samej tonacji. Jednak po dwukrotnym powtórzeniu tej frazy, rytm przyspiesza, wokal staje się dynamiczniejszy i od tego fragmentu praktycznie do końca płyty (2:10) zaczyna się nieco ponad sześciominutowy popis gry na gitarze. Jeżeli ktoś kocha długie rozimprowizowane partie gitarowe, na pewno pokocha tę płytę. Ja nie będę się wypowiadać, czy jest to muzyka oryginalna. W tamtych szczodrych w dobrą muzykę latach powstawał i po nagraniu jednej, dwóch płyt znikało ze sceny wiele zespołów. Każdy z nich miał jakieś ambicje i każdy swą wizję muzyczną, każdy słuchał konkurencji i każdy czerpał z rozkwitających w wielu kierunkach stylów. Nie wiem, czy te wszystkie kapele się kopiowały, czy grały podobnie. Na pierwszy rzut ucha wiele z tych zespołów wzajemnie siebie przypominało. W każdym razie nawet jeśli wiele z nich czerpało od siebie wzajemnie inspiracje, to każdy z osobna zostawił po sobie materiał, który różni się od wszystkich pozostałych kapel wieloma szczegółami, zastosowaniem rozwiązań aranżacyjnych i kompozycyjnych. Ja osobiście używałbym ostrożnie określenia „grać na jedno kopyto” albo posądzać zespół o brak oryginalności lub kopiowanie innych (co zresztą chyba wychodzi na to samo). Nie da się temu zaradzić, że w danym czasie jednym wykonawcom udało się wybić z anonimowego tłumu innych zespołów grających w podobnej stylistyce, zaś inni pozostali w tym tłumie. Słuchając po latach nagrań tych zapomnianych zespołów, ale słuchając ich z otwartym umysłem, bez uprzedzeń, nie da się nie dostrzec ich indywidualności, odrębności w granicach gatunku, który wykonywali, czyli w obrębie rocka o psychodelicznym zabarwieniu, który dążył do hard rocka, ale po drodze nie stronił od długich improwizowanych partii gitary przepełnionych jazzującym feelingiem i radością improwizacji. Każdy z tych zespołów, czy to Iron Maiden, czy Toad, czy Tear Gas, czy November, czy Sweet Slag, czy Bakerloo, czy May Blitz niby grali w podobnym stylu, ale — i to pojawia się główna myśl — każdy z nich grał jednak inaczej, po swojemu pojmując, interpretując i ostatecznie wykonując muzykę gitarową na bazie rocka i bluesa. Nawet Iron Maiden inspirujący się Ten Years After z okresu „Undead” bardziej od niż ich inspiracja stawia na formy otwarte, mniej piosenkowe, bardziej zakręcone i zdające się piosenkami, które są tylko pretekstem dla improwizacji zespołu. Ten Years After stawiał przecież bardziej na formy zamknięte: zwrotka, refren, zwrotka, refren, solo gitary, zwrotka, refren (na koncertach na szczęście wymykał się z tych form) i to różni inspirujących się (Iron Maiden) od inspiracji (Ten Years After). Zmierzam do tego, że warto słuchać starych, zapomnianych, nieznanych zespołów, takich jak Iron Maiden, ponieważ jest to muzyka, która daje radość i emocje niezależnie od jakości realizacji i poziomu umiejętności muzyków.

















