niedziela, 11 kwietnia 2021
Renaissance „Prologue” (1972)
The Jimi Hendrix Experience "Live in Maui" (1970/2020)
Otrzymaliśmy wreszcie podobno pierwsze oficjalne wydanie dwóch pełnych setów Jimiego Hendrixa z jakiegokolwiek jego koncertu. Padło na występ na wyspie Maui na Hawajach. Sety trwają około 50 minut. Gra trio The Jimi Hendrix Experienece, czyli Jimi na gitarze i śpiew, Mitch Mitchell na bębnach i Billy Cox na basie. Tu od razu zauważę, że bardziej na brzmieniu zespołu odbiłaby się zmiana perkusisty, niż zastąpienie Noela Reddinga przez Coxsa. Dynamiczna gra Mitchella wnosi jednak sporo energii do nagrań. Zespół zagrał bardzo dobrze, cyfrowa obróbka dźwięku podobno usunęła niedociągnięcia, jednak nie mamy porównania. Zmieniona jest kolejność niektórych nagrań, o czym przeczytałem dopiero później, bo nie pasowało mi zaczynanie koncertu od nastrojowego „Hey Baby” i miałem rację, tak koncert się nie zaczynał. Zaczynał się od „Spanish Castle Magic”, który na płycie jest numerem dziewięć. Muzycznie jest bardzo dobrze, ale przypominam, że nie wiadomo, na ile obróbka cyfrowa zaingerowała w ostateczny kształt nagrań (mamy tu kompleks „The Song Remains The Same"). Hendrix gra i śpiewa, będąc — co doskonale słychać — w bardzo dobrej formie. Szkoda tylko, że niektóre piosenki grupa wykonuje nieco szybciej niz powinna, na przykład "Foxey Lady". Tak samo wolę wolniejszą i bardziej emocjonalną wersję "Villanova Junction" z wykonania na festiwalu w Woodstock od szybszej i jakby zagranej nieco niedbale wersji z Maui. Gitara Jimiego jest wszechobecna, ale znalazł się też moment na solówkę perkusyjną Mitchella. Pierwszy set wydaje się muzycznie bardziej atrakcyjny (to moje osobiste wrażenie). W nagraniach z koncertu, co nieco dziwne, publiczność jest jakby wyciszona, mniej obecna. Oklaski słychać jakby od garstki widowni. Na filmie widać, że nie jest jej zbyt wiele (hmmm... dziwne... ), być może decydują też o dźwiękowej jakość warunki atmosferyczne, a na Maui podobno wtedy mocno wiało, więc obróbka dźwiękowa polegała też zapewne na usuwaniu skutków wiatru, który nie chciał opłakiwać Mary, ale płatać figle. Warto poznać ten koncert, bo oprócz wspomnianych cudów ze studia, zawiera on sporo świetnej muzyki, której — nie wiem jak Wy — ale ja nie mam nigdy dosyć.
Taste "Taste" [1969]
W historii muzyki wiele było zespołów z rozbudowanym składem, bezlikiem instrumentów, perkusja zajmującą połowę sceny podczas koncertu, złożonych z wirtuozów wybudzonych w nocy, by na wyrywki czytać nuty. Były też kapele proste, zwięzłe w budowaniu swego składu i oszczędne w używanych instrumentach. Były to tak zwane power tria, które bazowały na gitarze prowadzącej, basowej i na najprostszym zestawie perkusyjnym. Taste należał właśnie do takich kapel i nie zmienia tego fakt, że gitarzysta Rory Gallagher lubił czasem zadać w saksofon. Żeby istnienie power tria miało sens, musiało mieć w składzie kreatywnego gitarzystę, który wie jak zagrać, kiedy śpiewa i co zagrać pomiędzy wersami tekstu. Gallagher to w takim sensie gitarzysta genialny. Wprawdzie podczas swej solowej kariery zespół jego był na ogół kwartetem, jednak w okresie istnienia Taste udowodnił, że doskonale sobie radzi bez wspomagającej go gitary rytmicznej. Jego dźwięki bardzo pomysłowo i skutecznie zapełniają wolne przestrzenie w kompozycjach zawartych na debiutanckim albumie „Taste” z 1969 roku. W dwóch klasycznych kompozycjach grupy „Sugar Mama” i „Catfish”, z lubością wykonywanych także na koncertach, słychać to doskonale, ale i otwierający płytę „Blister On The Moon” wcale im nie ustępuje. Gitara jest modulowana, z lekkością baletnicy przechodzi od ciężkiego rzężenia do błyskotliwych pasaży wydobywanych w dolnych partiach gryfu. Ciężkość gitarowego brzmienia płyty, jej mocny bazowy dźwięk równoważą akustyczne kawałki takie jak „Hail” albo slide-gitarowy „I'm Moving On” oraz rockowe piosenki o nieco przebojowym popowym brzmieniu („Born on the Wrong Side of Time” albo „Same Old Story”), co nie zmienia faktu, że fantastyczny album, świetny debiut, brzmi surowo, ostro, nieco dziko. Od niego zaczęła się kariera jednego z najlepszych gitarzystów i kompozytorów w rocku.
Sólstafir „Endless Twilight of Codependent Love” [2020]
Head Over Heels "Hea Over Heels" [1971]
Nie znałem wcześniej tego zespołu, YouTube wrzuciło ten album po odtworzeniu się piosenki The Moving Sideways, patrzę, że rok 1971, więc warte poznania. I oto otrzymuję mocną gitarową z bluesową bazą muzykę, która zapuszcza się już chyba nieco w rejony hard rocka, ale wokalnie przywodzi na myśl Humble Pie, muzycznie Free, późniejsze płyty Spooky Tooth i East of Eden, bo soul to chyba słychać wyraźnie w wokalu? Piszę to na świeżo podczas pierwszego odsłuchu. Oczywiście nie jest to muzyka odkrywcza, niemniej przyjemnie się jej słucha komuś, kto lubi sporo gitarowych solówek ni w ogóle gry gitary wypełniającej przestrzenie pomiędzy partiami wokalnymi zamiast gitary rytmicznej, co jest cechą zespołów grających w trio. . Teraz ballada "Children of the Mist" brzmi w moich uszach. Nieco przypomina ballady Budgie, a nieco nawet współczesne ballady rockowe. To zresztą nie jest ostatnia ballada na płycie. Druga część piosenki "Tired And Blue/ Land, Land" zmienia się w powolną, śpiewaną mocnym soulowym głosem kompozycję. Po niej następuje radosna i przebojowa w charakterze piosenka "In My Woman", jedyna tego typu na płycie. Kończąca płytę "Circles" zaczyna się spokojną melodią z towarzyszącymi jej głosami i jedyne co mi się z tym kojarzy, to wersja "Knockin' On Heaven's Door" Dylana w wykonaniu Guns n' Roses. Wchodzi wokal, który zaczyna od słowa "some" przeciągając w nim samogłoskę "o" do niemal 14 sekund! (specjalnie zmierzyłem), ale nie po chwili kapela rusza ostro do przodu. W każdym razie nie jest nudno. Można psioczyć, raz jeszcze to napiszę, że nie jest to muzyka całkiem oryginalna, jednak uważam, że niezła i warta zapuszczenia sobie od czasu do czasu, może nie za często, ale raz-dwa razy na rok będzie ok (zważywszy na ogrom muzyki, którą też trzeba od czasu do czasu sobie odświeżać.
niedziela, 28 marca 2021
"Bluesland. A Portrait in American Music" (1993)






