niedziela, 11 kwietnia 2021
Pink Floyd „A Saucerful of Secrets” [1968]
Styx „Equinox” [1975]
Myra Friedman „Janis Joplin. Żywcem pogrzebana”
Tak się jakoś zbiegło, że tegoroczna książka numer trzynaście okazała się równocześnie najsłabszą jak na razie w tym roku. Po pierwsze od książki oczekuję, niezależnie niezależnie od gatunku, literackiego stylu. Luzackie tłumaczenie naszpikowane trywialnymi, pospolitymi i banalnymi zwrotami oraz słowami dla mnie było ciężkie do przejścia. Wprawdzie to tylko tłumaczenie, ale tłumaczenia nie biorą się z próżni, a natłok pospolitych wyrażeń sugeruje jednak, że oryginał nie był - delikatnie mówiąc - od nich wolny. Po drugie zaś Friedmann pastwi się w książce na Joplin, analizując brutalnie jej kompleksy i lęki na amatorskim poziomie. OK, była z nią blisko i znała osobiście wokalistkę, pracując jako asystentka menagera Joplin Alberta Grossmana, jednak odnoszę wrażenie, że analizy Friedmann są często naciągane w celu tłumaczenia Janis Joplin z jej sposobu życia. Rozumiem wyeksponowana potrzebę miłości i uznania, ale czy to jest leczenie przez całe życie kompleksu ze szkoły średniej? Książka pomija też wiele znanych faktów, jak dwa występy Big Brother & The Holding Company na festiwalu Monterey w 1967 roku, a tym samym milczy o uporze ówczesnego menadżera zespołu, który nie chciał, aby sfilmowano jego występ. Festiwal w Woodstock został przedstawiony w pigułce jako miejsce w którym każdy był "nawalony" i "naćpany" (typowe zwroty dla języka książki), bez świadomości i nikt ni wiedział, co się dookoła dzieje. Być może dałoby się w to uwierzyć komuś, kto nie widział filmów z festiwalu. To, że Janis Joplin wystąpiła w Woodstock pod wpływem narkotyków nie świadczy wcale, że wszyscy byli zamroczeni aż tak, że nie słyszeli wcale muzyki. Sekwencje w filmie pokazują coś całkiem innego. Na pewno wiele osób nie było świadomych pod wpływem narkotyków tego, co się wokoło dzieje, ale nie wszyscy i nie cały czas, jak twierdzi Friedman. Takie bezsensowne uogólnienia również świadczą o słabości książki. Nie ma w książce prawie nic o tworzeniu piosenek! Wiemy tylko o miłości do bluesa Joplin. Czytanie o ciągłym piciu southern comfortu i niewyobrażalnie licznych one night stands staje się nudne bardzo szybko podczas lektury. W pewnym momencie pada zdanie, że nagrywanie muzyki to była tylko praca, co w odniesieniu do jednej z najbardziej szczerych artystek, której życie w pewnym momencie stało się nierozerwalne z muzyką (podobnie jak z nałogami) brzmi co najmniej dziwnie. Autorkę może nieco tłumaczyć fakt, że książkę pisała na gorąco po śmierci Joplin i nie wiedziała o wszystkim. Friedman nie jest też muzykologiem ani zawodowym biografem. Po lekturze "Pogrzebanej żywcem" odczuwam zarówno przesyt jak i niedosyt. Przesyt, ponieważ nie wiem, czy interesuje mnie wizerunek Janis Joplin jako osoby koncentrującej się głównie na narkotyzowaniu się, piciu alkoholu i uprawianiu seksu; mam wrażenie, że wizerunek artystki jest tu znacznie uszczuplony, tym bardziej, że Friedman coś tam wspomina przelotnie o zamiłowaniu Joplin do czytania oraz do analizowania muzyki. Niedosyt, który jest w sumie druga stroną lustra przesytu, bo książka nie mówi zbyt wiele o Joplin jako o artystce i o muzyku, z czego bez wątpienia była znana bardziej niż jako permanentna uczestniczka imprez.
„The Beatles. Brzmienie z Merseyside” [2018]
Genesis „Trespass” (1970)
Renaissance „Prologue” (1972)
The Jimi Hendrix Experience "Live in Maui" (1970/2020)
Otrzymaliśmy wreszcie podobno pierwsze oficjalne wydanie dwóch pełnych setów Jimiego Hendrixa z jakiegokolwiek jego koncertu. Padło na występ na wyspie Maui na Hawajach. Sety trwają około 50 minut. Gra trio The Jimi Hendrix Experienece, czyli Jimi na gitarze i śpiew, Mitch Mitchell na bębnach i Billy Cox na basie. Tu od razu zauważę, że bardziej na brzmieniu zespołu odbiłaby się zmiana perkusisty, niż zastąpienie Noela Reddinga przez Coxsa. Dynamiczna gra Mitchella wnosi jednak sporo energii do nagrań. Zespół zagrał bardzo dobrze, cyfrowa obróbka dźwięku podobno usunęła niedociągnięcia, jednak nie mamy porównania. Zmieniona jest kolejność niektórych nagrań, o czym przeczytałem dopiero później, bo nie pasowało mi zaczynanie koncertu od nastrojowego „Hey Baby” i miałem rację, tak koncert się nie zaczynał. Zaczynał się od „Spanish Castle Magic”, który na płycie jest numerem dziewięć. Muzycznie jest bardzo dobrze, ale przypominam, że nie wiadomo, na ile obróbka cyfrowa zaingerowała w ostateczny kształt nagrań (mamy tu kompleks „The Song Remains The Same"). Hendrix gra i śpiewa, będąc — co doskonale słychać — w bardzo dobrej formie. Szkoda tylko, że niektóre piosenki grupa wykonuje nieco szybciej niz powinna, na przykład "Foxey Lady". Tak samo wolę wolniejszą i bardziej emocjonalną wersję "Villanova Junction" z wykonania na festiwalu w Woodstock od szybszej i jakby zagranej nieco niedbale wersji z Maui. Gitara Jimiego jest wszechobecna, ale znalazł się też moment na solówkę perkusyjną Mitchella. Pierwszy set wydaje się muzycznie bardziej atrakcyjny (to moje osobiste wrażenie). W nagraniach z koncertu, co nieco dziwne, publiczność jest jakby wyciszona, mniej obecna. Oklaski słychać jakby od garstki widowni. Na filmie widać, że nie jest jej zbyt wiele (hmmm... dziwne... ), być może decydują też o dźwiękowej jakość warunki atmosferyczne, a na Maui podobno wtedy mocno wiało, więc obróbka dźwiękowa polegała też zapewne na usuwaniu skutków wiatru, który nie chciał opłakiwać Mary, ale płatać figle. Warto poznać ten koncert, bo oprócz wspomnianych cudów ze studia, zawiera on sporo świetnej muzyki, której — nie wiem jak Wy — ale ja nie mam nigdy dosyć.






